::księga gości::

2007
październik
2005
kwiecień
2004
maj
kwiecień
marzec
Rethink...
...in progress. Say no more.
przeglad 2007-10-22 15:40:19
skomentuj (0)
Czy będzie ciąg dalszy?
Na tak postawione pytanie jako współautor muszę odpowiedzieć: mam głęboką nadzieję, że tak.
przeglad 2005-04-10 22:26:19
skomentuj (2)
Kolejka po pina
Gazeta niby miała się robić, ale się nie robiła, cała redakcja stała bowiem w kolejce po piny. Morale redakcji po wczorajszych wydarzeniach nie wróciło jeszcze do normalnego poziomu, bo stosunkowo niewiele osób używało wyrazów, praktycznie nikt nie biadolił, że ma strasznie pilną pracę, a pan Mieczysław prawie już załapał o co chodzi.
Rozmowy o nowym szefostwie, wobec problemów palących i bieżących, przesunięto na późniejszy termin. Telefony do znajomych same się nie wykonają.
Zamiast więc analizować nową sytuację geopolityczną, wszyscy stali w karnym acz posępnym rządku przed biurkiem Andzi (Paweł myślał nawet „królowej Andzi”), próbującej dojść do ładu z nieprzychylnie nastawionym społeczeństwem. Zadanie było jednak z gatunku niewykonalnych, choćby dlatego, że mało kto rozumiał o co chodzi, dominowało zaś przekonanie, że koniec dzwonienia na koszt firmy wszędzie, gdzie tylko się zamarzy to ewidentny skandal i ludzka krzywda. Co tu dużo gadać, w redakcji wrzało jak w ulu.

- Sześć, czte...
- Panie Mieczysławie, proszę nie mówić na głos!
- Ale dlaczego? Ja w ten sposób łatwiej zapamiętuję.
- To proszę iść do ubikacji i tam zapamiętać.

- Andzia, co to jest?
- To pin.
- Jaki pin?
- Pana pin.
- Ale ja nie chcę żadnego pina. A tak w ogóle, to po cholerę mi on?
- Żeby pan mógł dzwonić, panie Czesiu.
- A nie wystarczy mi telefon?
- No widzi pan, nie. Najpierw stuka pan ten pin a potem numer.
- A prefiks?
- Bez.
- A kierunkowy?
- Po pinie.
- Strasznie to popieprzone... Panie Mieczysławie, dokąd pan idzie z tym pinem?

- eść, ery, wa, eden, edem. No nie, ja tego nigdy nie zapamiętam, proszę mi dać inny.
- Ale jest tylko jeden na osobę.
- A co mnie to obchodzi?! Pani da mi inny!

- Jak to nie dostanę pina?
- Bo piny są dla pracowników redakcji.
- A ja to co? Pies?
- Ty, Rasta, jesteś techniczny.
- A jak zepsuje się jakiś komp i tylko Ludi będzie go umiał naprawić, ale na miejscu będę tylko ja, to co wtedy?
- To się zadzwoni po Ludiego.
- Ale Ludi nie daje swojego numeru telefonu, chyba że zaufanym osobom, na przykład mi.
- To pożyczysz pin od Pawła.
- Paweł, pożyczysz mi swojego pina?
- Na głowę upadłeś?

- Dobra, czyj to był pomysł z tymi pinami?
- No... nowych.
- Tego bubka?
- Też.

- Panie Jurku, zapamiętałem!
- No gratuluję, panie Mieczysławie. A co pan zrobił z kartką, na której był zapisany pana pin?
- Zjadłem. Jak konspiracja, to konspiracja.

- Fajny masz pin?
- No fajny.
- A jaki?
- Ty nie bądź taka cwana. Fajny.
- Ja też mam fajny. Jak się dobierze dobry rytm to się nawet rymuje. Zamienisz się?
- Nie ma głupich. Mam za fajny pin, żeby się zamieniać.
- A skąd wiesz, że mój nie jest fajniejszy?
- Nie wiem, pokaż.
- To zobacz.
- Rzeczywiście fajny. Dawaj, zamieniamy się.

- Psst.
- ...
- Pst.
- Co jest?
- Rzuć pina...
- Co?
- No rzuć pina. Zapłacę w euro.
- Ta, i potem będziesz dzwonił Bóg wie gdzie, a mnie z roboty wywalą.
- Ty Boga w to nie mieszaj, tu ściany mają uszy. No nie bądź żyła, ja w zagranicznym z jednego pina nie wyżyję.
- Ja się w twoje ciemne interesy bawić nie będę. Na razie, mam robotę.
- Zapamiętam to sobie! Socjalista!

- Co tu się dzieje? Wszyscy mają już piny?
- Ale panie pułkowniku...
- Nie ma, że panie pułkowniku. Ja drugi raz nie będę wszystkiego sam robił. Panie Mieczysławie, co pan ma taką dziwną minę?
- Pin mu zaszkodził.
- Słucham?
- Wie pan, nie wszyscy są gotowi na zmiany.

- I jeszcze jedno, proszę państwa! Proszę państwa, proszę mnie posłuchać! Jest taki nowy okólnik, że nie wolno się zamieniać na piny, bo będą dyscyplinarki.

- Zgubiłem pin! Zgubiłem pin!
- Nie wydzieraj się tak. Uspokój się. Gdzie zgubiłeś?
- No tutaj gdzieś! Myślałem, że trzymam go w ręku, a to paragon na kartę miejską. Co ja teraz zrobię bez pina?
- Nie wiem. Może napisz podanie, to ci zablokują.

- Paweł, i co my teraz zrobimy?
- Zamieniamy się z powrotem.
- Tutaj?
- Porąbało cię?! O siedemnastej przy trzecim filarze drugiego peronu na Dworcu Gdańskim. Do tego czasu udajemy, że się nie znamy.
- Okej.
- I nie dzwoń nigdzie, bo nas namierzą!

Kolejka powoli się rozchodziła, każdy wracał do swojej roboty. Nawet pan Mieczysław wyglądał nieco lepiej, choć miał minę króla, którego kilku uzbrojonych drabów właśnie poinformowało, że w nocy proklamowano republikę.
Rasta oburzony, że nie dostał pina podniósł z nienawiścią słuchawkę najbliższego telefonu, jakby chciał siłą woli zmusić go do posłuszeństwa. Wcisnął kilka klawiszy, po czym zamyślił się głęboko, cały czas ze słuchawką przy uchu. Po czym nagle odłożył słuchawkę, podniósł ją jeszcze raz, wstukał jeszcze raz kilka klawiszy i rozpromieniony ponownie odłożył. Po czym odszedł w kierunku poruszonych dziennikarzy działu zagranicznego.
Andzi zostało kilka pinów, które schowała pod dziurkacz do ksero. Jeden z nich należał do świeżo mianowanego szefa działu Ekologia.
przeglad 2004-05-07 14:27:10
skomentuj (3)
Nowe naczialstwo
Pewne rzeczy są we wszechświecie niezmienne. Ledwo redaktorzy zaczęli się przymierzać do roboty, w drzwi newsroomu wpadła z krzykiem Andzia.
- Wszyscy proszeni są do konferencyjnej! Nowy naczelny chce powiedzieć kilka słów!
„No jasne”, pomyślał zniechęcony Paweł. „Tego właśnie mi teraz trzeba. Ględzącego o pierdołach pajaca.” Przez chwilę zastanawiał się, czy nie olać zarządzenia i nie zacząć normalnej pracy (przeczytać w spokoju gazetki, sprawdzić pocztę, podzwonić po znajomych itp.), ale redakcyjny survival był w tej kwestii bardzo surowy. Trzeba od razu rozpoznać wroga, żeby potem nie mieć jakichś kłopotów i nie dać się wpuścić życzliwym kolegom w jakiś kanał. „Tak, nie ma co”, powiedział sobie Paweł. „Piętnaście minut mnie nie zbawi, a przynajmniej będę wiedział kto zacz”.

„Serwer pocztowy chwilowo nieczynny. Przerwa konserwacyjna. Przepraszamy” ogłosił pawłowy komputer. „Pięknie, z poczty nici”, pomyślał Paweł, „ale nic to. Ciekawe co słychać u Szymona”. Znowu błąd. „Proszę podać indywidualny numer pin, po czym wybrać numer docelowy”, wyszeptał namiętnie damski głos w słuchawce.
„Co? Jaki cholera pin? Czy oni poszaleli, do diabła? Pieprzę to, nigdzie nie idę. Kawka i gazetka, tego właśnie mi trzeba”. Tylko jak zrobić kawę, kiedy czajnik wciąż jeszcze nie działa? I jak czytać gazety, które gdzieś przepadły? Niby nic dziwnego, w redakcji przeciętny czas życia pojedynczego egzemplarza wynosił jakieś piętnaście minut, ale to już zakrawało na interwencję sił nadprzyrodzonych.
„Dobra, dobra, aluzju paniał”, pomyślał Paweł wznosząc wzrok do sufitu.
Konferencyjna pękała w szwach. Nawet komputerowcy pojawili się w komplecie nerwowo chichocząc w kącie i bełkocząc o dziwnym padzie dopiero co naprawionej sieci. Łamacze psioczyli na wieszającego się co dwie minuty Quarka, redaktorzy pytali co za łach wymyślił jakieś piny i gdzie są gazety, a korektorki marudziły, że siedzą już od godziny i nadal nie dostały żadnych wydruków.
Przed oczami zebranych rozgrywała się scenka rodzajowa pod tytułem „Hołd redaktorski, czyli aksamitna rewolucja: dzień po przejęciu władzy”. W centrum stał wymuskany bubek. Miał nie więcej niż trzydzieści pięć lat, nienagannie skrojony garnitur i fryzurę, do zniszczenia której potrzeba by co najmniej ekipy robotników i wielkiego dźwigu z kulą na linie. I, jakże by inaczej, przyklejany plastikowy uśmiech, który Paweł rozszyfrował jako: „cześć, jestem waszym nowym garniturowym bubkiem. Będę udawał, że się kumplujemy, a wy będziecie kłaniać mi się w pas”.
- Dzieńdobrynazywamsięblablabla – wyrecytował na jednym oddechu bubek – i jestem nowym redaktorem naczelnym Przeglądu Dendrologicznego.
Bubek się produkował, a Paweł kontemplował wewnętrzną dynamikę sceny. Naczelny tryskał samozadowoleniem i zachodnio-nowoczesną, śliską skutecznością. Stojący obok Pułkownik wyglądał, jakby przed chwilą przeżuł co najmniej kilogram cytryn i po prostu gotował się z wściekłości. Dotychczasowy naczelny... Dotychczasowy naczelny sprawiał wrażenie człowieka, któremu pięć minut wcześniej zaaplikowano lewatywę z trzech wiader terpentyny i obiecano kolejną natychmiast po zebraniu. A kobieta... Po prostu zapierała dech w piersiach. Nie tylko miała idealną urodę modelki, ale jeszcze pozbawiona była modelkowej bezbarwności. No po prostu cud, miód i orzeszki, nieosiągalne, jeśli nie miało się co najmniej pięciu zer w misięcznej pensji.
- Chciałbym od razu rozwiać jakiekolwiek obawy związane ze zmianami, czy to personalnymi, czy też linii programowej redakcji – tokował dalej Bubek, popadając w coraz większy samozachwyt. – Przegląd został zakupiony nie bez powodu, ale ze względu na jego pozycję rynkową i potencjał. Ani ja, ani nowy wydawca nie zamierzamy poprawiać czegoś, co od wielu lat sprawnie działa, widzimy jedynie miejsce dla niewielkich modernizacji i usprawnień.
Komputerowcy chóralnie parsknęli śmiechem. Trudno powiedzieć, czy miał oznaczać radość z planowanej modernizacji, niedowierzanie, czy może był symptomem odurzenia trawą. Nowy naczelny udał jednak, że tego nie widzi, stojąca zaś za nim kobieta spojrzała krwiożerczo (choć i uroczo) na komputerowców i zanotowała coś w kołonotatniku.
- Liczymy na to, że zespół redakcyjny pozostanie w komplecie, łącznie z dotychczasowym redaktorem naczelnym, który od dziś będzie moim zastępcą i kierownikiem działu Ekologia, brawa...
Wszyscy zaklaskali niepewnie wbijając spojrzenia w dotychczasowego szefa. Może on coś sensownego powie na temat tego, co się tu odbywa. Szef jednak nie wyglądał na osobę, która udzieli jakichkolwiek wyjaśnień. Właściwie ograniczył się do pokiwania głową, skurczenia się jeszcze bardziej i posłania zebranym śmiertelnie przerażonego uśmiechu.
- A teraz pani Anna cośtam-cośtam, osobista asystentka nowego prezesa – przedstawił Bubek kobietę i zrobił dwa kroki w bok. Gdyby miał melonik właśnie w tej chwili uchyliłby go szarmancko.
- Z pewnością interesuje was, dlaczego firma zdecydowała się na wykupienie właśnie Przeglądu – zaczęła mówić o sprawie nikogo nie interesującej laska. – Powodów było kilka...
Kobieta mówiąc dość uważnie lustrowała słuchaczy. Kiedy jej wzrok spotkał się z oczami Pawła, dziennikarz poczuł się dziwnie. Jakby jednocześnie ciepło i chłód. „Ech, przepracowanie. Ale lala”, pomyślał. Asystentka prezesa klepała tak standardowe biurokratyczne brednie, że nikt chyba nie próbował jej słuchać, z wyjątkiem może Palmy, który lekko naćpany próbował dorabiać do jej słów pantomimiczną ilustrację i Baśki, którą widok asystentki najwyraźniej wprawił we wściekłość i która każdemu, kto chciał spojrzeć kłapała zwiniętą w dziób dłonią.
- Nie zamierzamy zmieniać też nazwy, gdyż ekspertyzy przedstawione przez poprzedni zarząd wydają się nam w pełni profesjonalne i wiarygodne...
Bla, bla, blaaaa, „dziewczyno, śliczna jesteś, ale kończ już, błagam!”
- Szczególnie dziękujemy obecnym tutaj redaktorowi naczelnemu i sekretarzowi redakcji, za znakomity numer pożegnalny dla poprzedniego wydawcy, stworzony mimo szeregu kłopotów technicznych – tu uśmiechnęła się promiennie do wściekłego Pułkownika i Szefa, który zrobił rzecz nieoczekiwaną.
- Yyy, tak – wybełkotał, rozglądając się nerwowo i unikając wzroku asystentki. – Właśnie... Yyy. Przepraszam, na chwilę...
I wybiegł z sali, jakby goniło go sto diabłów.
Zapanowała kompletna cisza. Wykorzystał ją zaprawiony w bojach o publikę Bubek i przejął inicjatywę.
- Myślę, że tytułem wzajemnego zapoznania to wystarczy – wyszczekał ze swoim uśmiechem, kompletnie lekceważąc to, co się stało z jego poprzednikiem. – Lepiej poznamy się w pracy i podczas imprezy integracyjnej, która zostanie zorganizowana już wkrótce. Zebranie możemy uznać za zakończone.
przeglad 2004-04-13 20:54:27
skomentuj (0)
Krajobraz po bitwie czyli: Nazajutrz
Sprinty, czyli codzienne zebrania reporterów to jeden z licznych pomysłów racjonalizatorskich jakie wdrożono w ostatnich dziesięciu latach w Przeglądzie Dendrologicznym. Chodziło o to, że ta część licznego i utalnetowanego grona reporterskiego, która akurat nie musiała uczestniczyć w kolegium, miała tendencję do pojawiania się w redakcji wczesnym popołudniem, tudzież zaraz po zamknięciu pierwszego wydania - "Jak to za późno? Że ja? Za późno? Kpiny!"

Jedną decyzją wywleczono więc państwo reporterostwo z łóżek i kazano pojawiać się w redakcji codziennie punkt dziesiąta. Zagrożono karami dyscyplinarnymi, za nieusprawiedliwioną nieobecność wstawiano minusy, co miesiąc minusy zliczano, a recydwistów piętnowano na tablicy ogłoszeń. Za trzy minusy groziła kara szczególna. Kiedyś jeden ze nowych i nieznających realiów dziennikarzy zatrudniony w krajowym zebrał dosyć szybko taką trójkę i już następnego dnia dotkliwie pogryzł go pies sąsiada z siódmego piętra. Sprawy nie zbadano szczegółowo, ale od tamtej pory z frekwencją na sprintach było co najmniej nieźle.

Sprinty nazwę swą nosiły nie bez powodu. Wszystkiego raptem dziesięć minut licząc z przerwą na papierosa (pół godziny, jeśli przewodniczył pan Mieczysław - ponieważ tak zwani Odpowiedzialni siedzieli w tym czasie na kolegium prowadzenie sprintów powierzano kolejno wszystkim co bardziej doświadczonym dziennikarzom bez funkcji).

Tym razem, myślał Paweł, zejdzie się trochę dłużej.

Na środku stołu leżał świerzutki numer Przeglądu, a w sali panowała okrutna konsternacja, od momentu w którym redaktor Borucki, któremu akurat tego dnia przypadłu w udziale szefowanie spotkaniu, wypowiedział znamienne słowa: Czy ktoś mi może wytłumaczyć, o co tu kurwa chodzi?

Od tego momentu minął kwadrans. Niemal absolutnej ciszy.

Paweł podrapał się w głowę. W numerze, jak słyszał, znajdowały się dwa jego teksty, jeden o funduszach strukturalnych, drugi aferze z przeterminowanym żarciem dla kotów w jednym z warszawskich hipermarketów. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek pisał o czymś takim, ale z drugiej strony nie przypominał sobie także, żeby nie pisał. Po minach zebranych wnioskował, że nie tylko jego dręczyły podobne problemy. Zawartość gazety dla większości pozostawała tajemnicą, ale jeszcze przed sprintem ktoś puścił plotkę, że w środku jest absolutny hit, cztery kolumny tekstu o aferze, która może poruszyć posadami państwa. Co prawda, ktoś także głosił, że w środku są same zdjęcia gołych bab i że chodzi o poruszenie innymi posadami (wymieniano nazwiska Pułkownika, rzadziej naczelnego, ktoś coś wspomniał o maszynistkach i fotoedytorach).

Ale było nie było, o ile Paweł dobrze przypominał sobie poprzedni dzień (choć zdawał sobie sprawę, że pamięć bywa złudna i że wszystko najlepiej mieć nagrane) tego numeru Przeglądu nie miało prawa być, nawet do drukowania soft porno jest potrzebny prąd.

Świeżutki numer Przeglądu drwił sobie z tych przemyśleń i leżał na stole, jak gdyby nigdy nic.

Paweł usiłował nawiązać kontakt wzrokowy z Baśką, ale ta ewidentnie unikała jego spojrzeń. Tendencja do unikania spojrzeń była dominującą w pomieszczeniu.

Nagle rozległ się przerażajcy, świdrujący umysł dźwięk. Swoją komórkę odebrał Borucki, przerywając tym samym nerwowe zachowania dwunastu innych osób. Przez chwilę ze zdziwieniem kiwał głową, wydając z siebie różne hmy, ochmy i echmy, a po zakończeniu rozmowy, gdy już schował telefon do wewnętrznej kieszeni marynarki powiedział:

- I co się tak gapicie? Gazeta się sama nie zrobi, bierzemy się do roboty. Do roboty!

Rozeszło się więc państwo reporterostwo po redakcji i wzięło do roboty. Nawet w cichych rozmowach nie poruszano tematu Gazety z Nikąd, ale Paweł, nie mogąc powstrzymać dziennikarskiej ciekawości, przeprowadził małe śledztwo: w środku numeru nie było gołych bab.
przeglad 2004-03-20 11:36:39
skomentuj (3)
Ostateczny krach systemu redakcji
- Proszę państwa, wszyscy doskonale wiemy, że nie jest dobrze - cicho i spokojnie rozpoczął zebranie Pułkownik.
Znana to prawda, że im sytuacja gorsza, tym szef powinien być spokojniejszy. Sądząc po nietypowych dla nerwowego sekretarza flegmie i spokojnym uśmiechu, katastrofa była nieunikniona.
- Wiemy też jednak, że gazeta nie może się nie ukazać - kontynuował sekretarz, który (według nieżyczliwych) był z pochodzenia Niemcem, a ze światopoglądu faszystą i mordercą. - Dlatego zebrałem was tutaj, żebyśmy wspólnie omówili jak zrobić, żeby gazeta się ukazała. Na początek powiem wam co wymyśliłem, potem będzie czas na wasze propozycje.

Paweł i Baśka spojrzeli po sobie. Wyglądało na to, że Pułkownik rzeczywiście miał coś w zanadrzu.
- Po pierwsze musimy mieć jakieś niusy. Jakiekolwiek. Na Internet redakcyjny nie ma co liczyć, na szczęście jeden z komputerowców mieszka całkiem niedaleko i dysponuje stałym łączem. Już go posłałem do domu, ma przejrzeć wszystkie portale internetowe, i nasze i zagraniczne i wypalić nam na płycie wszystkie aktualności. Powinien wrócić z tym za jakieś pół godziny. Zbyt wcześnie to to nie będzie, ale nic szybciej nie zrobimy.
Po pokoju rozszedł się pomruk aprobaty. Niusy z Internetu - to już coś. Tym można zapchac całkiem sporo stron.
- Czołówkę krajową robimy zrzynając z dzisiejszej Rzepy - kontynuował sekretarz. - Czołówkę zagraniczną z Wyborczej, miejską ze Stołecznej lub z Życia, zresztą, zżynamy obie, potem zadecyduję, która będzie u nas czołówką. Resztę stron można wypełnić mniej lub bardziej tymi niusami z sieci. Ktoś ma jakiś pomysł na sport?
- Czołówkę z Przeglądu Sportowego - rozsądnie zaproponował Jureczek wprawiając Pawła w osłupienie. - Na pozostałych trzech kolumnach wyniki wszystkiego, co tylko będziemy mieli. To jest w Przeglądzie, więc nie będzie problemu, ja mogę cały sport wklepać.
- Świetnie. W dziele publicystyki pan Mieczysław napisze jakiś komentarz do czegokolwiek.
Pan Mieczysław tylko kiwnął głową. Od trzydziestu lat pisywał jakieś komentarze do czegokolwiek. Miał doświadczenie w komentarzach do czegokolwiek.
- Jeszcze tylko kultura - Pułkownik wyglądał na zadowolonego.
- Mogę zadzwonić do jednego kolesia, on jest bardzo znanym poetą internetowym - powiedział Jureczek. - Zrobię z nim wywiad.
Paweł spojrzał na Jureczka ze zdegustowaną dezorientacją. "Boże, co to za gówno?", pomyślał. "Ja wiem, że dziś trzeba brać wszystko, ale taki szajs to przesada".
Na szczęście również Pułkownik wiedział co oznacza wywiad zrobiony przez Jureczka.
- Nie, nie, panie Jurku. Pan już powiedział, że zrobi sport. Dziś nie mamy czasu na to, żeby jeszcze dodatkowo czekać na pański wywiad, pan będzie miał dość na głowie.
- Ile możemy zyskać miejsca dzięki powiększaniu czcionek i tytułów? - zapytał Paweł.
- Jak Dża i Quark pozwolą - nawet do dwóch stron - rozwlekle stwierdził Rasta.
Hm, zaczynało się robić coraz lepiej. Pułkownik spojrzał w plik czystych makiet, jakby już w myśli układał nieistniejące jeszcze artykuły na stronach. Jego zacięcie chyba okazało się zaraźliwe. Ludzie zacząli spoglądać na siebie najpierw z niedowierzaniem, potem prawie z entuzjazmem.
- Dobra, proszę państwa. Jeżeli ktoś ma jeszcze coś w notesie, co może wklepać - wklepuje teraz - tokował sekretarz z miną wytrawnego wodza tuż przed decydującą bitwą. - Jeżeli trzeba gdzieś dzwonić, rezygnujemy, bo nie ma czasu. Chyba, że to kwestia pięciu minut rozmowy. Ja się zastanowię co z tą kulturą i jak wymyślę, dam znać. Teraz wszyscy do roboty. Posiedzimy dzisiaj do nocy, ale najgosze za nami. Nie ma bata, żeby gazeta nie wyszła. No, do dzieła! Acha, jak nam się wszystko uda, to nawet nie będę ścigał tych, którzy spuścili mi powietrze z opon.

Ludzie zaczęli się rozchodzić, część do newsroomu, większość do palarni. Na twarzach widać było ulgę. Miał Pułkownik rację, najgorsze już minęło.
- Zobaczysz, Bacha, zrobimy tę gazetę - ze śmiechem niemal krzyczał Paweł, częstując Baśkę fajkiem. - To będzie największy wał w historii mediów drukowanych w tym kraju!
Podobny nastrój mieli niemal wszyscy. Nastrój jakiejś rozpaczliwej, ale pewnej zwycięstwa determinacji.
Nagle dało się słyszeć głośne pstryknięcie i w całej redakcji zgasło światło. Coś przez chwilę brzęczało, potem wszyscy usłyszeli takie przeciągłe "ziuuuuut" na coraz wyższą nutę i na chwilę światło zapłonęło ponownie, w końcu z głośnym "bum!" zgasło na amen. Na klatce schodowej wyraźnie zajechało spalenizną.

Na oświetlonej tylko żarem papierosa twarzy Baśki zagościł najpierw szok, potem wściekłość, w końcu kompletna rezygnacja. Paweł wiedział co się święci. Zauważył ruch przy drzwiach na klatkę. Ludzie zaczęli wychodzić. Tak po prostu. Jeszcze przez chwilę niektórzy łudzili się, że prąd włączą ponownie, ale kiedy patrzący w okno Jureczek krzyknął, że spod redakcji z piskiem opon odjeżdża samochód z elektrowni wszystko stało się jasne. Firma nie zapłaciła nie tylko za konwerter i łącza internetowe.
Kiedy nawet Pułkownik w milczeniu, nie patrząc na nikogo, skierował się do wyjścia, morale upadło ostatecznie.
Gazety następnego dnia nie będzie.
przeglad 2004-03-13 19:51:04
skomentuj (0)
Ryjem w dół
Minął czas jakiś.
Paweł wszedł do redakcji uśmiechnięty od ucha do ucha. Z zadowoleniem odnotował, że Andzia wywiesiła na ksero kartkę z napisem "nieczynne" (zawsze szybka i właściwa reakcja - pomyślał). Z mniejszym zadowoleniem odnotował kartkę z takim samym napisem na drzwiach męskiej toalety, ale chyłkiem-tyłkiem załatwił co miał załatwić w żeńskiej, wymienił kilka niezrozumiałych słów z przechodzącym właśnie korytarzem Palmą i wszedł do newsroomu, by wprawnym okiem ocenić zaawansowanie prac nad bieżącym numerem PRZEGLĄDU.
Mina mu zrzedła.

Pan Mieczysław stał przy oknie i gapił się bezmyślnie w miejską skyline. To był widok niespotykany - Pan Mieczysław, znaczy się, nie skyline. Redaktor nie pisał nic, nie dzwonił nigdzie, nie prosił Jureczka, żeby "zrobił coś z tą drukarką", nie adjustował, nie panikował, nie redagował, nie robił żadnej z rzeczy z którymi był nieodłącznie kojarzony. Stał tylko - i patrzył.

W innym kącie na krześle siedziała Baśka. Blada jak ściana, w ręku trzymała puste pudełko po papierosach i lekko kiwała głową, mamrocząc coś pod nosem.

Dział sportowy wymiotło.

Jureczek włączał i wyłączał czajnik bezprzewodowy. Sądząc po doskonałości jego ruchów musiał to robić co najmniej od kilkunastu minut.

Wszyscy redaktorzy i redaktorki zajmowali się bezproduktywnością, to składając papierowe samoloty z makiet, to ustawiając zdjęcia na biurkach w niezliczonych fantazyjnych kompozycjach, to wymiatając kurz spod monitorów. Ktoś mył szybę okna oddzielającego newsroom od studio, ktoś dyskutował o przewagach x-coli nad y-colą.

Krótko mówiąc gazeta się nie robiła. A nie było mnie raptem dwie godzinki, pomyślał Paweł.

Podszedł do Baśki, wziął ją za rękę i nie wkładając w to wiele wysiłku zaciągnął do palarni. Poczęstował papierosem, przypalił jak obyczaj każe, odczekał chwilkę i zadał pytanie, które wisiało w powietrzu:
- Eee, co jest?
Baśka strzepnęła papierosa.
- Chcesz długą wersję, czy skróconą?
- Uśrednioną.
- No to posłuchaj. Serwery padły już po twoim wyjściu, tak? No więc generalnie zginął cały dzisiejszy numer, piątkowy magazyn, wszystko co przygotowaliśmy na następne dwa tygodnie i według różnych szacunków od połowy do trzech czwartych archiwum. Sytuacja zrobiła się krytyczna, Palma nadużywał sformułowania "kopia zapasowa", ale wtedy wszyscy mieli jeszcze pomysły. Wszystkie jednak po kolei mogliśmy o kant... aaa, mam już tego dość.
Paweł znał tę minę, Baśka była o krok od wpadnięcia w histerię.
- Spokojnie, Bacha, zrobię ci kawy.
Błąd.
- Czajnik też nie działa! - krzyknęła Baśka i wybuchła płaczem. Paweł położył jej rękę na ramieniu, co, jak zdwawał sobie sprawę, było gestem skrajnie idiotycznym. Baśka była jednak dzielną dziewczyną, więc dojście do siebie nie zajęło jej więcej niż pięć minut.
- Najpierw był pomysł, żeby wypełnić numer informacjami agencyjnymi, a potem się pomyśli - kontynuowała, paląc kolejnego papierosa - Ale na skutek awarii schodziły tylko depesze z KAI i Reutersa.
- No to już coś.
- Tak, tylko że Reuters zmienił właśnie sygnowanie depesz, rozumiesz - myślisz, że otwierasz wiadomości o wojnie w Iraku, a wyskakuje mecz krykieta Anglia - Pakistan. Mówię ci, koszmar. To jeszcze było do ominięcia, ale nie było zdjęć, potem nagle skończyła się licencja na konwerter plików i wszędzie były tylko napisy "Proszę opłacić należną sumę i zadzwonić pod numer 0-800... po dalsze instrukcje". Ktoś zapomniał zapłacić. Palma to próbował obejść, ale zawiesił tylko na amen cztery komputery.
- To nie wesoło.
- Nie bardzo.
- A internet?
- Pomijając kwestię, że jak wiesz, połowa redakcji zgodnie z zasadą "przed wojną też wychodziły gazety" nie dotyka się do tego dzieła szatana...
Pawła ogarnął w tym momencie dziwny chłód.
-... to okazało się, że właśnie w tych dniach kierownictwo, ograniczając koszty, zmniejszyło limity transferów, przepustowość i inne takie, rozumiesz, niepotrzebne, tak że na otwarcie strony bez żadnych bajerów trzeba ze sto lat.
- To raptem dwadzieścia lat dłużej, niż do tej pory.
- Ale w obecnej sytuacji to kluczowe dwadzieścia lat. Jakoś właśnie wtedy spalił się czajnik i skończył papier do drukarki.
- Co na to naczelny?
- Nie ma go, nie wrócił. Potem zaczęło się odzyskiwanie różnych nie nadających się do niczego tekstów, które czekały na świętego nigdy. Paweł, te teksty były naprawdę straszne. Reportaż z Festiwalu Fryzjerstwa w Łomży, analiza ataku na WuTeCe...
- Tego sprzed...?
- Tego samego, Klaus chciał go nawet przerabiać, żeby pasował do zamachów Izraelu, ale się ciut wściekł, uderzył w klawiaturę i zepsuła się spacja. Ja tego nie zniosę. Pani Leokadia zasłabła...
- Że co?
- Dzwoniłam do szpitala, w ciągu dwóch tygodni ma wrócić do pracy, wiesz, jej wnuczek nie dostał się do gimnazjum.
- Przecież jest marzec!
- To jakieś elitarna szkoła, tam trzeba się zapisywać na trzy lata na przód... nieważne zresztą.
- No, a Pułkownik?
- Zamknął się swoim gabinecie i myśli nad rozwiązaniami, też jest nie w humorze, bo ktoś mu spuścił powietrze z opon. Ja mam początki grypy, dział sportowy kolektywnie stwierdził, że w takich warunkach pracować nie będzie i poszedł na wódkę, do kultury zadzwonił jakiś reżyser i powiedział, że ich zaskarży za wywiad, który opublikował Superexpres. I jeszcze ten komornik z policją, mówię ci, ta gazeta się jutro nie ukaże, no nie ma szans.
- Nie rób scen, Bacha.
Błąd numer dwa.
- Jakich, kur...?
Na szczęście w tym momencie do palarni zajrzała Andzia.
- Pan Pułkownik prosi wszystkich do Sali, ma być jakieś zebranie.
przeglad 2004-03-09 22:07:22
skomentuj (0)