Strona główna

Krajobraz po bitwie czyli: Nazajutrz


Sprinty, czyli codzienne zebrania reporterów to jeden z licznych pomysłów racjonalizatorskich jakie wdrożono w ostatnich dziesięciu latach w Przeglądzie Dendrologicznym. Chodziło o to, że ta część licznego i utalnetowanego grona reporterskiego, która akurat nie musiała uczestniczyć w kolegium, miała tendencję do pojawiania się w redakcji wczesnym popołudniem, tudzież zaraz po zamknięciu pierwszego wydania - "Jak to za późno? Że ja? Za późno? Kpiny!"

Jedną decyzją wywleczono więc państwo reporterostwo z łóżek i kazano pojawiać się w redakcji codziennie punkt dziesiąta. Zagrożono karami dyscyplinarnymi, za nieusprawiedliwioną nieobecność wstawiano minusy, co miesiąc minusy zliczano, a recydwistów piętnowano na tablicy ogłoszeń. Za trzy minusy groziła kara szczególna. Kiedyś jeden ze nowych i nieznających realiów dziennikarzy zatrudniony w krajowym zebrał dosyć szybko taką trójkę i już następnego dnia dotkliwie pogryzł go pies sąsiada z siódmego piętra. Sprawy nie zbadano szczegółowo, ale od tamtej pory z frekwencją na sprintach było co najmniej nieźle.

Sprinty nazwę swą nosiły nie bez powodu. Wszystkiego raptem dziesięć minut licząc z przerwą na papierosa (pół godziny, jeśli przewodniczył pan Mieczysław - ponieważ tak zwani Odpowiedzialni siedzieli w tym czasie na kolegium prowadzenie sprintów powierzano kolejno wszystkim co bardziej doświadczonym dziennikarzom bez funkcji).

Tym razem, myślał Paweł, zejdzie się trochę dłużej.

Na środku stołu leżał świerzutki numer Przeglądu, a w sali panowała okrutna konsternacja, od momentu w którym redaktor Borucki, któremu akurat tego dnia przypadłu w udziale szefowanie spotkaniu, wypowiedział znamienne słowa: Czy ktoś mi może wytłumaczyć, o co tu kurwa chodzi?

Od tego momentu minął kwadrans. Niemal absolutnej ciszy.

Paweł podrapał się w głowę. W numerze, jak słyszał, znajdowały się dwa jego teksty, jeden o funduszach strukturalnych, drugi aferze z przeterminowanym żarciem dla kotów w jednym z warszawskich hipermarketów. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek pisał o czymś takim, ale z drugiej strony nie przypominał sobie także, żeby nie pisał. Po minach zebranych wnioskował, że nie tylko jego dręczyły podobne problemy. Zawartość gazety dla większości pozostawała tajemnicą, ale jeszcze przed sprintem ktoś puścił plotkę, że w środku jest absolutny hit, cztery kolumny tekstu o aferze, która może poruszyć posadami państwa. Co prawda, ktoś także głosił, że w środku są same zdjęcia gołych bab i że chodzi o poruszenie innymi posadami (wymieniano nazwiska Pułkownika, rzadziej naczelnego, ktoś coś wspomniał o maszynistkach i fotoedytorach).

Ale było nie było, o ile Paweł dobrze przypominał sobie poprzedni dzień (choć zdawał sobie sprawę, że pamięć bywa złudna i że wszystko najlepiej mieć nagrane) tego numeru Przeglądu nie miało prawa być, nawet do drukowania soft porno jest potrzebny prąd.

Świeżutki numer Przeglądu drwił sobie z tych przemyśleń i leżał na stole, jak gdyby nigdy nic.

Paweł usiłował nawiązać kontakt wzrokowy z Baśką, ale ta ewidentnie unikała jego spojrzeń. Tendencja do unikania spojrzeń była dominującą w pomieszczeniu.

Nagle rozległ się przerażajcy, świdrujący umysł dźwięk. Swoją komórkę odebrał Borucki, przerywając tym samym nerwowe zachowania dwunastu innych osób. Przez chwilę ze zdziwieniem kiwał głową, wydając z siebie różne hmy, ochmy i echmy, a po zakończeniu rozmowy, gdy już schował telefon do wewnętrznej kieszeni marynarki powiedział:

- I co się tak gapicie? Gazeta się sama nie zrobi, bierzemy się do roboty. Do roboty!

Rozeszło się więc państwo reporterostwo po redakcji i wzięło do roboty. Nawet w cichych rozmowach nie poruszano tematu Gazety z Nikąd, ale Paweł, nie mogąc powstrzymać dziennikarskiej ciekawości, przeprowadził małe śledztwo: w środku numeru nie było gołych bab.
przeglad 2004-03-20 11:36:39
skomentuj (3)