Strona główna

Nowe naczialstwo


Pewne rzeczy są we wszechświecie niezmienne. Ledwo redaktorzy zaczęli się przymierzać do roboty, w drzwi newsroomu wpadła z krzykiem Andzia.
- Wszyscy proszeni są do konferencyjnej! Nowy naczelny chce powiedzieć kilka słów!
„No jasne”, pomyślał zniechęcony Paweł. „Tego właśnie mi teraz trzeba. Ględzącego o pierdołach pajaca.” Przez chwilę zastanawiał się, czy nie olać zarządzenia i nie zacząć normalnej pracy (przeczytać w spokoju gazetki, sprawdzić pocztę, podzwonić po znajomych itp.), ale redakcyjny survival był w tej kwestii bardzo surowy. Trzeba od razu rozpoznać wroga, żeby potem nie mieć jakichś kłopotów i nie dać się wpuścić życzliwym kolegom w jakiś kanał. „Tak, nie ma co”, powiedział sobie Paweł. „Piętnaście minut mnie nie zbawi, a przynajmniej będę wiedział kto zacz”.

„Serwer pocztowy chwilowo nieczynny. Przerwa konserwacyjna. Przepraszamy” ogłosił pawłowy komputer. „Pięknie, z poczty nici”, pomyślał Paweł, „ale nic to. Ciekawe co słychać u Szymona”. Znowu błąd. „Proszę podać indywidualny numer pin, po czym wybrać numer docelowy”, wyszeptał namiętnie damski głos w słuchawce.
„Co? Jaki cholera pin? Czy oni poszaleli, do diabła? Pieprzę to, nigdzie nie idę. Kawka i gazetka, tego właśnie mi trzeba”. Tylko jak zrobić kawę, kiedy czajnik wciąż jeszcze nie działa? I jak czytać gazety, które gdzieś przepadły? Niby nic dziwnego, w redakcji przeciętny czas życia pojedynczego egzemplarza wynosił jakieś piętnaście minut, ale to już zakrawało na interwencję sił nadprzyrodzonych.
„Dobra, dobra, aluzju paniał”, pomyślał Paweł wznosząc wzrok do sufitu.
Konferencyjna pękała w szwach. Nawet komputerowcy pojawili się w komplecie nerwowo chichocząc w kącie i bełkocząc o dziwnym padzie dopiero co naprawionej sieci. Łamacze psioczyli na wieszającego się co dwie minuty Quarka, redaktorzy pytali co za łach wymyślił jakieś piny i gdzie są gazety, a korektorki marudziły, że siedzą już od godziny i nadal nie dostały żadnych wydruków.
Przed oczami zebranych rozgrywała się scenka rodzajowa pod tytułem „Hołd redaktorski, czyli aksamitna rewolucja: dzień po przejęciu władzy”. W centrum stał wymuskany bubek. Miał nie więcej niż trzydzieści pięć lat, nienagannie skrojony garnitur i fryzurę, do zniszczenia której potrzeba by co najmniej ekipy robotników i wielkiego dźwigu z kulą na linie. I, jakże by inaczej, przyklejany plastikowy uśmiech, który Paweł rozszyfrował jako: „cześć, jestem waszym nowym garniturowym bubkiem. Będę udawał, że się kumplujemy, a wy będziecie kłaniać mi się w pas”.
- Dzieńdobrynazywamsięblablabla – wyrecytował na jednym oddechu bubek – i jestem nowym redaktorem naczelnym Przeglądu Dendrologicznego.
Bubek się produkował, a Paweł kontemplował wewnętrzną dynamikę sceny. Naczelny tryskał samozadowoleniem i zachodnio-nowoczesną, śliską skutecznością. Stojący obok Pułkownik wyglądał, jakby przed chwilą przeżuł co najmniej kilogram cytryn i po prostu gotował się z wściekłości. Dotychczasowy naczelny... Dotychczasowy naczelny sprawiał wrażenie człowieka, któremu pięć minut wcześniej zaaplikowano lewatywę z trzech wiader terpentyny i obiecano kolejną natychmiast po zebraniu. A kobieta... Po prostu zapierała dech w piersiach. Nie tylko miała idealną urodę modelki, ale jeszcze pozbawiona była modelkowej bezbarwności. No po prostu cud, miód i orzeszki, nieosiągalne, jeśli nie miało się co najmniej pięciu zer w misięcznej pensji.
- Chciałbym od razu rozwiać jakiekolwiek obawy związane ze zmianami, czy to personalnymi, czy też linii programowej redakcji – tokował dalej Bubek, popadając w coraz większy samozachwyt. – Przegląd został zakupiony nie bez powodu, ale ze względu na jego pozycję rynkową i potencjał. Ani ja, ani nowy wydawca nie zamierzamy poprawiać czegoś, co od wielu lat sprawnie działa, widzimy jedynie miejsce dla niewielkich modernizacji i usprawnień.
Komputerowcy chóralnie parsknęli śmiechem. Trudno powiedzieć, czy miał oznaczać radość z planowanej modernizacji, niedowierzanie, czy może był symptomem odurzenia trawą. Nowy naczelny udał jednak, że tego nie widzi, stojąca zaś za nim kobieta spojrzała krwiożerczo (choć i uroczo) na komputerowców i zanotowała coś w kołonotatniku.
- Liczymy na to, że zespół redakcyjny pozostanie w komplecie, łącznie z dotychczasowym redaktorem naczelnym, który od dziś będzie moim zastępcą i kierownikiem działu Ekologia, brawa...
Wszyscy zaklaskali niepewnie wbijając spojrzenia w dotychczasowego szefa. Może on coś sensownego powie na temat tego, co się tu odbywa. Szef jednak nie wyglądał na osobę, która udzieli jakichkolwiek wyjaśnień. Właściwie ograniczył się do pokiwania głową, skurczenia się jeszcze bardziej i posłania zebranym śmiertelnie przerażonego uśmiechu.
- A teraz pani Anna cośtam-cośtam, osobista asystentka nowego prezesa – przedstawił Bubek kobietę i zrobił dwa kroki w bok. Gdyby miał melonik właśnie w tej chwili uchyliłby go szarmancko.
- Z pewnością interesuje was, dlaczego firma zdecydowała się na wykupienie właśnie Przeglądu – zaczęła mówić o sprawie nikogo nie interesującej laska. – Powodów było kilka...
Kobieta mówiąc dość uważnie lustrowała słuchaczy. Kiedy jej wzrok spotkał się z oczami Pawła, dziennikarz poczuł się dziwnie. Jakby jednocześnie ciepło i chłód. „Ech, przepracowanie. Ale lala”, pomyślał. Asystentka prezesa klepała tak standardowe biurokratyczne brednie, że nikt chyba nie próbował jej słuchać, z wyjątkiem może Palmy, który lekko naćpany próbował dorabiać do jej słów pantomimiczną ilustrację i Baśki, którą widok asystentki najwyraźniej wprawił we wściekłość i która każdemu, kto chciał spojrzeć kłapała zwiniętą w dziób dłonią.
- Nie zamierzamy zmieniać też nazwy, gdyż ekspertyzy przedstawione przez poprzedni zarząd wydają się nam w pełni profesjonalne i wiarygodne...
Bla, bla, blaaaa, „dziewczyno, śliczna jesteś, ale kończ już, błagam!”
- Szczególnie dziękujemy obecnym tutaj redaktorowi naczelnemu i sekretarzowi redakcji, za znakomity numer pożegnalny dla poprzedniego wydawcy, stworzony mimo szeregu kłopotów technicznych – tu uśmiechnęła się promiennie do wściekłego Pułkownika i Szefa, który zrobił rzecz nieoczekiwaną.
- Yyy, tak – wybełkotał, rozglądając się nerwowo i unikając wzroku asystentki. – Właśnie... Yyy. Przepraszam, na chwilę...
I wybiegł z sali, jakby goniło go sto diabłów.
Zapanowała kompletna cisza. Wykorzystał ją zaprawiony w bojach o publikę Bubek i przejął inicjatywę.
- Myślę, że tytułem wzajemnego zapoznania to wystarczy – wyszczekał ze swoim uśmiechem, kompletnie lekceważąc to, co się stało z jego poprzednikiem. – Lepiej poznamy się w pracy i podczas imprezy integracyjnej, która zostanie zorganizowana już wkrótce. Zebranie możemy uznać za zakończone.
przeglad 2004-04-13 20:54:27
skomentuj (0)