Strona główna

Ryjem w dół


Minął czas jakiś.
Paweł wszedł do redakcji uśmiechnięty od ucha do ucha. Z zadowoleniem odnotował, że Andzia wywiesiła na ksero kartkę z napisem "nieczynne" (zawsze szybka i właściwa reakcja - pomyślał). Z mniejszym zadowoleniem odnotował kartkę z takim samym napisem na drzwiach męskiej toalety, ale chyłkiem-tyłkiem załatwił co miał załatwić w żeńskiej, wymienił kilka niezrozumiałych słów z przechodzącym właśnie korytarzem Palmą i wszedł do newsroomu, by wprawnym okiem ocenić zaawansowanie prac nad bieżącym numerem PRZEGLĄDU.
Mina mu zrzedła.

Pan Mieczysław stał przy oknie i gapił się bezmyślnie w miejską skyline. To był widok niespotykany - Pan Mieczysław, znaczy się, nie skyline. Redaktor nie pisał nic, nie dzwonił nigdzie, nie prosił Jureczka, żeby "zrobił coś z tą drukarką", nie adjustował, nie panikował, nie redagował, nie robił żadnej z rzeczy z którymi był nieodłącznie kojarzony. Stał tylko - i patrzył.

W innym kącie na krześle siedziała Baśka. Blada jak ściana, w ręku trzymała puste pudełko po papierosach i lekko kiwała głową, mamrocząc coś pod nosem.

Dział sportowy wymiotło.

Jureczek włączał i wyłączał czajnik bezprzewodowy. Sądząc po doskonałości jego ruchów musiał to robić co najmniej od kilkunastu minut.

Wszyscy redaktorzy i redaktorki zajmowali się bezproduktywnością, to składając papierowe samoloty z makiet, to ustawiając zdjęcia na biurkach w niezliczonych fantazyjnych kompozycjach, to wymiatając kurz spod monitorów. Ktoś mył szybę okna oddzielającego newsroom od studio, ktoś dyskutował o przewagach x-coli nad y-colą.

Krótko mówiąc gazeta się nie robiła. A nie było mnie raptem dwie godzinki, pomyślał Paweł.

Podszedł do Baśki, wziął ją za rękę i nie wkładając w to wiele wysiłku zaciągnął do palarni. Poczęstował papierosem, przypalił jak obyczaj każe, odczekał chwilkę i zadał pytanie, które wisiało w powietrzu:
- Eee, co jest?
Baśka strzepnęła papierosa.
- Chcesz długą wersję, czy skróconą?
- Uśrednioną.
- No to posłuchaj. Serwery padły już po twoim wyjściu, tak? No więc generalnie zginął cały dzisiejszy numer, piątkowy magazyn, wszystko co przygotowaliśmy na następne dwa tygodnie i według różnych szacunków od połowy do trzech czwartych archiwum. Sytuacja zrobiła się krytyczna, Palma nadużywał sformułowania "kopia zapasowa", ale wtedy wszyscy mieli jeszcze pomysły. Wszystkie jednak po kolei mogliśmy o kant... aaa, mam już tego dość.
Paweł znał tę minę, Baśka była o krok od wpadnięcia w histerię.
- Spokojnie, Bacha, zrobię ci kawy.
Błąd.
- Czajnik też nie działa! - krzyknęła Baśka i wybuchła płaczem. Paweł położył jej rękę na ramieniu, co, jak zdwawał sobie sprawę, było gestem skrajnie idiotycznym. Baśka była jednak dzielną dziewczyną, więc dojście do siebie nie zajęło jej więcej niż pięć minut.
- Najpierw był pomysł, żeby wypełnić numer informacjami agencyjnymi, a potem się pomyśli - kontynuowała, paląc kolejnego papierosa - Ale na skutek awarii schodziły tylko depesze z KAI i Reutersa.
- No to już coś.
- Tak, tylko że Reuters zmienił właśnie sygnowanie depesz, rozumiesz - myślisz, że otwierasz wiadomości o wojnie w Iraku, a wyskakuje mecz krykieta Anglia - Pakistan. Mówię ci, koszmar. To jeszcze było do ominięcia, ale nie było zdjęć, potem nagle skończyła się licencja na konwerter plików i wszędzie były tylko napisy "Proszę opłacić należną sumę i zadzwonić pod numer 0-800... po dalsze instrukcje". Ktoś zapomniał zapłacić. Palma to próbował obejść, ale zawiesił tylko na amen cztery komputery.
- To nie wesoło.
- Nie bardzo.
- A internet?
- Pomijając kwestię, że jak wiesz, połowa redakcji zgodnie z zasadą "przed wojną też wychodziły gazety" nie dotyka się do tego dzieła szatana...
Pawła ogarnął w tym momencie dziwny chłód.
-... to okazało się, że właśnie w tych dniach kierownictwo, ograniczając koszty, zmniejszyło limity transferów, przepustowość i inne takie, rozumiesz, niepotrzebne, tak że na otwarcie strony bez żadnych bajerów trzeba ze sto lat.
- To raptem dwadzieścia lat dłużej, niż do tej pory.
- Ale w obecnej sytuacji to kluczowe dwadzieścia lat. Jakoś właśnie wtedy spalił się czajnik i skończył papier do drukarki.
- Co na to naczelny?
- Nie ma go, nie wrócił. Potem zaczęło się odzyskiwanie różnych nie nadających się do niczego tekstów, które czekały na świętego nigdy. Paweł, te teksty były naprawdę straszne. Reportaż z Festiwalu Fryzjerstwa w Łomży, analiza ataku na WuTeCe...
- Tego sprzed...?
- Tego samego, Klaus chciał go nawet przerabiać, żeby pasował do zamachów Izraelu, ale się ciut wściekł, uderzył w klawiaturę i zepsuła się spacja. Ja tego nie zniosę. Pani Leokadia zasłabła...
- Że co?
- Dzwoniłam do szpitala, w ciągu dwóch tygodni ma wrócić do pracy, wiesz, jej wnuczek nie dostał się do gimnazjum.
- Przecież jest marzec!
- To jakieś elitarna szkoła, tam trzeba się zapisywać na trzy lata na przód... nieważne zresztą.
- No, a Pułkownik?
- Zamknął się swoim gabinecie i myśli nad rozwiązaniami, też jest nie w humorze, bo ktoś mu spuścił powietrze z opon. Ja mam początki grypy, dział sportowy kolektywnie stwierdził, że w takich warunkach pracować nie będzie i poszedł na wódkę, do kultury zadzwonił jakiś reżyser i powiedział, że ich zaskarży za wywiad, który opublikował Superexpres. I jeszcze ten komornik z policją, mówię ci, ta gazeta się jutro nie ukaże, no nie ma szans.
- Nie rób scen, Bacha.
Błąd numer dwa.
- Jakich, kur...?
Na szczęście w tym momencie do palarni zajrzała Andzia.
- Pan Pułkownik prosi wszystkich do Sali, ma być jakieś zebranie.
przeglad 2004-03-09 22:07:22
skomentuj (0)